Odcinek 156 – Ten z warchlakami
Znów nad rzeką, na bezrobociu, ale tym razem jest głównie o ptakach.
Poniżej znajduje się maszynowa, nieredagowana transkrypcja audycji.
Jest piątek, godzina dziewiąta, chociaż nie, tak naprawdę dla mnie teraz to jest czwartek i nie ma jeszcze dziewiątej, jest dopiero koło dziewiętnastej. No ale Wy słuchacie tego, tak jak zawsze słuchacie kapoka. Mniej więcej 10, może 11 tygodni temu straciłem pracę.
Przez ten czas, o czym zresztą mówiłem już w poprzednim kapoku, nagranym wkrótce po tym, jak to się stało, zacząłem przychodzić nad rzekę. Jest taka stara przepompownia, jakieś 2,5 kilometra od mojego domu w dół rzeki. Budynek posadowiony częściowo na koronie wału.
Z tyłu za nim kanał biegnący od nowej oczyszczalni za starą fabryką, gdzie obecnie buduje się osiedle, nowe, ekskluzywne apartamenty, czyli po prostu po naszemu bloki w dziwnym miejscu, ale powiedzmy, że będzie fajnie. Jak ci ludzie wszyscy dojadą stąd, dokądkolwiek, tego nie wie nikt. Chyba nawet sam właściciel osiedla, ale to jest jakby rzecz drugorzędna w tym nagraniu.
Zacząłem przychodzić i oglądać to, co się tu dzieje, bo tu wszystko żyje. Przez pierwsze tygodnie na rozlewisku, które znajduje się na dawnych pastwiskach, obecnie na takich podmokłych łąkach, jest jeziorko i na tym jeziorku przez pierwsze tygodnie królowały łabędzie i gęgawy. Gęgawy, które chyba przelatywały, bo już od jakiegoś czasu ich nie ma.
Potem zauważyłem czajkę, a potem parę czajek, coś, czego nie widziałem od dawna, bo kiedyś czajek było tu dużo, teraz jest ich mniej. A potem zacząłem zauważać różne inne ptaki. Jest oczywiście mnóstwo kaczek, krzyżówek, no bo nad tą rzeką krzyżówek jest pełno, ale pojawiają się też żurawie.
Żurawie przylatują albo para, albo trzy, w zależności od tego, jaki dzień się trafi. Spotkałem też człowieka, który obserwował ptaki. Przyjeżdża z Warszawy, bo spotkaliśmy się kilkukrotnie przez ten czas.
Rozmawialiśmy trochę o ptakach, trochę o historii, o różnych rzeczach. On wskazał mi, że jest tu tych ptaków dużo więcej. Tutaj w Trzcinach jest bąk, którego nie widać, ale którego czasem słychać.
Są też bażanty, które słychać regularnie, ale trudno jest je zobaczyć, chociaż widziałem i koguta, i parokrotnie widziałem kurę. Trafiłem też na zaskrońca, który wygrzewał się na koronie wału w promieniach słońca, a kiedy siedziałem po drugiej stronie budynku, przepompowni na betonie, to przyszła do mnie jaszczurka z winka. Taka sama jak Jonathan, który mieszkał kiedyś w naszym ogrodzie, też brakowało jej kawałka ogona, chociaż nie tak dużego.
Andrzej, bo tak nazywał się człowiek od ptaków, pokazał mi też gęgołka, którego bym przegapił prawdopodobnie. I bardzo ważną rzecz, gniazdujące tu na łęgach błotniaki. Para, jedna, a potem zauważyliśmy też drugą samicę i samca, kiedy przeszliśmy kawałek za fabrykę i poszliśmy na osadniki po starej oczyszczalni, tej, która już od kilku lat nie działa, została osuszona i częściowo zrekultywowana, ale nadal stoi tam woda.
Tam gniazduje druga para, słuchajcie. Rzecz niesamowita. Oprócz tego jest tu mnóstwo ptactwa, bo są oczywiście rybitwy we wsi po drugiej stronie.
Gospodarze hodują gołębie. Widziałem także inne stworzenia, oprócz zaskrońca i zwinki. Mianowicie dzisiaj na przykład idąc zobaczyłem watachę dzików.
To nie jest nic szczególnego w okolicach Warszawy. Dziki w tym rejonie są popularne, u nas pod miastem i w samym mieście, szczególnie w tej willowej dzielnicy mocno zadrzewionej, zalesionej też dzików jest sporo. Tym razem widziałem watachę z warchlakami.
Spora ilość, chyba pięć dorosłych sztuk warchlaków, trudno powiedzieć ile było, ale chyba około sześciu, w każdym razie tyle gdzieś tam mi migało między trzcinami. Dwukrotnie także widziałem sarnę. Raz wyszła zloż zlewiska nad kanał, kiedy akurat siedziałem przy murze fabryki.
Tam jest taka dziura w murze, gdzie kiedyś była brama. Dawno, dawno temu, ze dwadzieścia lat albo lepiej, lepiej dochodziły tam tory z bocznicy. Ta bocznica została rozebrana w 2014 roku.
Został tylko nasyp i stary most kolejowy. Jest z betonu, nie zawali się i ząb czasu jeszcze długo go nie nadgryzie. Przychodzę tu, lubię popatrzeć.
Są ślady bobrów, chociaż bobra nie widziałem. Zresztą są to ślady chyba zeszłoroczne albo z zimy. Nie ma nowych, świeżych, powalonych drzew.
Przychodzę tu i siedzę. Rodzina się mnie pyta, co ty tam robisz nad tą rzeką, no więc siedzę i patrzę na wodę. Patrzę na rzekę, patrzę na to całe ptactwo, na gęgawy, na łabędzie, na żurawie.
Kiedyś, dawniej widywałem tu czaple, ale chyba się gdzieś przeniosła. Ostatnio parokrotnie widziałem też bociany, gniazdują wopaczy niedaleko. Stąd dla takiego bociana w zasadzie nie ma przeszkód na ziemi.
My, żeby przeprawić się na drugą stronę rzeki, to musimy dotrzeć do mostu. Kiedyś, dawno temu, w tym miejscu na przepustach leżały dwie szyny kolejowe obok siebie. Można było po nich przejść.
Kiedy miałem 3 czy 4 lata, to prawie zleciałem z nich do wody. Udało mi się nie skąpać, ojciec mnie złapał w ostatniej chwili. Jedno z takich wcześniejszych wspomnień wykorzystałem je zresztą w kreacji jednego z bohaterów zbioru Jilene Tider.
Przychodzę tu, siedzę, bo lepiej jest siedzieć nad rzeką i gapić się na wodę, patrzeć na ptaki. Teraz, kiedy obróciłem się przez ramię, to widzę czajkę polatującą nad łęgami. Widzę parę łabędzi, która siedzi na jeziorku.
W tle za nimi pole sitowia i dalej zabudowania fabryczne. Stąd widzę asfalciarnię i cemenciarnię i jakieś magazyny, w których tak naprawdę nie wiem co się dzieje. I nikt tak naprawdę nie wie.
Siedzę tu sobie. Kiedy jest akurat wolne i dzień jest ciepły, to po tym wale przetaczają się ludzie. Czasem miejscowi zdarza się, że spotykam znajomych.
Czasem za miejscowi tacy, którzy rowerami przyjechali z Warszawy i pytają się gdzie my jesteśmy. Wychodzą, rozglądają się, próbują się zorientować. Mówię im wtedy jak dotrzeć do cywilizacji, której pójście, albo jeśli mają ochotę wyprawić się gdzieś dalej, to mówię idźcie wzdłuż kanału, potem przejdźcie na drugą stronę.
Będzie taki mały metalowy mostek i jak przejdziecie przez dziurę w murze i pójdziecie w prawo, to wyjdziecie przy Krzyżu Powstańczym na zakręcie drogi z Chabdzina. To zwykle wystarcza im, żeby nawet jeżeli nie są stąd, z grubsza wiedzieli gdzie są. 2,5 kilometra.
W tą 2,5 kilometra z powrotem w kwietniu zrobiłem w ten sposób 160 kilometrów. Raz wybrałem się dalej do ujścia jeziorki do Wisły, po drodze mijając przepust Wilanówki, która przepływa pod jeziorką kanałem podziemnym. Pewnie powinienem robić inne rzeczy, pewnie powinienem trochę intensywniej szukać roboty.
Szukam roboty, ale pierwszy raz, a 25 ponad lat pracuję w IT, jest tak słabo. Trochę dlatego, że rynek pewnie jest gorszy, trochę dlatego, że ja też szukam specjalistycznych miejsc pracy specjalistycznych pozycji, na których mógłbym pracować, ale chyba wrócę po prostu do szukania support engineer i będę robił to, co robiłem dawniej. Przyjeżdżał do biura, dbał, żeby w drukarkach był tuż, papier.
Dbał, żeby wszyscy mieli te swoje dele w miarę sprawne i działające. Dbał o to, żeby maile chodziły tak jak powinny. Stoję teraz na takim balkoniku, na tej przepompowni i widzę przed sobą dziki.
Wiem, że to są dziki, bo je widziałem, ale teraz zaległy i widać tylko coś, co wygląda jak duże burę kopce kretów. Jeden tylko rusza się, szuka tam czegoś. Częściej widuję ich ślady.
Łąka, na której lądują i pasą się żurawie jest mocno zryta przez nie. Buchtują tam, szukają rzeczy. Pewnie gdybym się dobrze przypatrzył, to zobaczyłbym gdzieś i te sarny, które tu bywają.
Chociaż jedną widziałem po drugiej stronie, po Bielawskiej stronie rzeki. Pasła się poniżej wału, tuż nad wodą. Jest wieczór, słońce zachodzi, robi się chłodno, ale dzisiaj jest przyjemnie, bo nie ma wiatru.
To miejsce, to jest wietrzne miejsce. Tu jest taki otwarty korytarz na południe od Warszawy, którym napływa powietrze do miasta i sprawia, że życie w polskiej stolicy bywa znośne. Słychać ptaki, słychać żaby, bardzo wyraźnie słychać kukułkę, a ja nad linią drzew widzę maszt GSM-owy, maszt telefoniczny.
Na kawałek dalej stary komin fabryczny, który ma ponad 100 lat. O, taki punkt orientacyjny, który widać z większości miejsc w tym mieście, zwłaszcza wtedy, kiedy nie zasłaniają go drzewa. To nie jest las, ale drzewa czasem go zasłaniają.
I stoję tak sobie, wiecie, i mógłbym tak stać i przychodzić tutaj codziennie przez następne wiele lat. Jak wrócę do pracy, to trochę nie będę miał znowu czasu na robienie tego, ale lepiej jest siedzieć tu i gapić się na wodę, na ptaki, na dziki, które zaległy z młodymi na rozlewiskach i na to słońce zachodzące ponad dachami wsi, niż siedzieć w domu przed komputerem i doomscrollować. Mam co robić.
Piszę znowu. Przez te dwa i pół miesiąca napisałem dwa nowe opowiadania, piszę trzecie, jeszcze dwa mam zaplanowane i przymierzę się chyba znowu do powieści. To nie są rzeczy, które będą komercyjne albo nawet chyba w ogóle wydawalne.
Piszę rzeczy dla siebie, bawię się, trenuję warsztat, szlifuję słowo. Ale kiedy przychodzę tu nad rzekę, to mam ze sobą długopis, notatnik, bo czasem wpadną mi jakieś pomysły, czasem muszę coś zanotować, żeby mi nie umknęło i siedzę i patrzę na to wszystko. I powiem Wam, że nawet biorąc pod uwagę fakt, że być bez pracy w takim momencie i w moim wieku to kłopotliwa sytuacja i nie nastraja mnie jakoś mega entuzjastycznie i radośnie, to chyba potrzebowałem takiej przerwy od wszystkiego.
Rzeczy toczą się swoim trybem. Rafał składa rocznik fantastyczny, ja próbuję te swoje niedrukowalne opowiadania upchnąć tu to tam, pisząc do różnych ludzi. Trochę się udzielam w różnych miejscach.
Trochę oczywiście czasu poświęcam na szukanie pracy, na odbywanie kolejnych rozmów, trzy z pięciu różnych etapów i umawianie spotkań. Dziwnie się rozmawia z HR-ówkami, które dopytują się, badają Twoje CV, pytają, czemu nagle przestałeś być support inżynierem i zostałeś technicalem? Co mam im powiedzieć, że po prostu tak wyszło, że lubię pisanie i po prostu chciałem pisać i pomyślałem, że to fajne. A dlaczego odszedłeś z poprzedniej pracy? No nie odszedłem.
Gdybym mógł zdecydować, to nie rzucałbym roboty, która była wygodna, dobrze płatna i w dodatku w stu procentach zdalna. Przecież to w zasadzie wszystko, czego oczekuję od pracy, żeby wystarczało na rachunki, żebym nie tracił więcej czasu niż potrzebuje, żebym miał go po to, żeby móc przychodzić nad rzekę i patrzeć jak na rozlewiskach w trzcinach buszują dziki, patrzeć jak łabędzie spokojnie pływają po stawie, słuchać kukułki i rozglądać się, czy gdzieś tam nad drzewami nie krąży błotniak, który pikuje w dół, żeby coś złapać, płosząc czajki i czy gdzieś od strony Wisły nie nadlatują żurawie. Życzę nam wszystkim, żebyśmy zawsze mieli czas, mieli możliwość, a przede wszystkim mieli chęć i zdrowe nogi, żeby robić sobie codziennie albo przynajmniej co jakiś czas takie spacery nad rzekę, do lasu albo w inne miejsca, żebyśmy znowu poczuli, że wystarczy wyjść tylko kawałek za miasto i znaleźć się w zupełnie innym świecie.
W świecie, w którym wyścig szurów, sztuczna inteligencja, B2B i podatki nie mają żadnego znaczenia, gdzie liczy się tak naprawdę tylko to, żeby na chwilę zamilknąć, czyli zrobić coś zupełnie innego niż to co ja teraz robię i wsłuchać się w otaczający nas świat, bo bez tego, to powiem Wam, totalnie, ale zupełnie idzie zwariować. Ale dopóki istnieją rzeki, rozlewiska, dopóki latają czajki, na horyzoncie stoi komin, a rzeka toczy swoje wody, najniższe w tym roku, jak pamiętam, odkąd pamiętam, a znam tą rzekę od grubo ponad 40 lat, to tak nisko nie było. Może kiedyś się to znowu poprawi, może woda na łąkach się podniesie i tego ptactwa będzie więcej, może żaby będą kumkać jeszcze głośniej, a bażanty, jak przed chwilą, krzyczeć jeszcze donośniej.
Może wszyscy znajdziemy chwilę na to, żeby wyjść z domu, odłączyć się od sieci, przestać doomscrollować i po prostu siedzieć na trawie, dotykać jej i patrzeć jak to wszystko dzieje się obok nas, tuż za progiem. Tego nam wszystkim właśnie życzę, a ponieważ jest piątek, to polecam Wam, żebyście znaleźli dwie godziny przynajmniej w nadchodzący weekend i poszli gdzieś, gdziekolwiek, z dala od betonu, z dala od asfaltu, z dala od chromu, szkła i sodowych świateł, ledowych w zasadzie teraz świateł. Popatrzyli na stare wieżby gdzieś, albo brzozy, albo sosny, albo absolutnie cokolwiek, co daje Wam frajdę.
Pozdrawiam Was. Godai.